Little part of me.

Little part of me.

Thursday, 13 November 2014

ambicje.

Coraz częściej wychodzę z założenia, że im więcej obowiązków, tym lepsza organizacja. Bardziej docenia się każdą pojedynczą chwilę, nie marnuje jej na bezsensowne działanie. Trzeba mieć gotowy plan, by ze wszystkim zdążyć.
Jednak dopiero wtedy, gdy wydaje nam się niemożliwe, by wykonać wszystkie czynności i zadania, które MUSIMY wykonać, uświadamiamy sobie jak niewiele czasu nam na to przypada. Wpadamy w swego rodzaju trans, pracujemy szybko, trochę mechanicznie, nie zaburzając wcześniejszego misternego planu. Uruchamia się pewna adrenalina, tętno przyspiesza jak zawsze, gdy się spieszymy. Nie możemy pozwolić sobie na dekoncentrację, zbędne poświęcanie czasu czemuś innemu. Bo liczy się każda sekunda.
I tak na przykład, mam do napisania referat na następny dzień. Do tego przeczytać fragment lektury, dosyć obszerny. I kilka zadań do rozwiązania. A jeszcze praca domowa z drugiej szkoły. Na zaraz. Na tablicy magnetycznej wisi cała tęcza kolorowych karteczek uprzedzających o obowiązkach, czasem z miesięcznym wyprzedzeniem. Za kilkanaście minut trzeba wychodzić na dwugodzinne zajęcia, prosto z nich na godzinną lekcję angielskiego. I wrócić do domu wieczorem.
Nie jest to codzienność, fakt. Ale zdarzały się takie dni. Jakieś anonimowe głosy podpowiadają mi czasem, bym podjęła mądrą decyzję i z czegoś zrezygnowała. Ale ja zrezygnować nie potrafię. No dobra, nie chcę. Za bardzo kocham to moje zabiegane życie, zbyt wiele (jakkolwiek paradoksalnie to brzmi) energii dostarcza mi ono, by tak po prostu wrócić do systemu szkoła-dom przez pięć dni w tygodniu. Nie. To nie ja.

Życzę więc wszystkim wiernym, najlepszym na świecie czytelnikom, takiej samej siły. Radości z tego, co robicie, czymkolwiek to jest. Ważne, by widzieć w tym sens i być z siebie dumnym.
















A takiej jesieni jak ta, nie pamiętam z całego swojego życia. Listopad, a właściwie jego połowa, kojarzyła się raczej z pierwszym mrozem. Dawno opadłymi liśćmi, przeszywającym wiatrem. A tym razem cieszymy się słońcem, temperaturą, która dla mnie jest idealna. Wokół szyi owijamy szal bez obaw, że mimo to, będzie nam zimno. Jesieni, trwaj! (byle nie za długo, bo na śnieg czekam już niecierpliwie!)


płaszcz/coat - Stradivarius
sukienka/dress - Stradivarius
rajstopy/tights - Calzedonia


Ki.

No comments:

Post a Comment