Little part of me.

Little part of me.

Wednesday, 22 November 2017

"Każdego można poprawić" - wywiad z Waldemarem Staszewskim

W gabinecie dyrektora nie mamy zbyt wiele miejsca do swobodnego siedzenia. Nie dlatego, że otaczają nas stosy teczek i dokumentów. Każdą wolną przestrzeń zajmują stroje warte nawet kilka tysięcy złotych. Właśnie tak wygląda gabinet dyrektora wrocławskiej Szkoły Baletowej, Waldemara Staszewskiego.


Kinga Matyja:  Prawdopodobnie balet najczęściej kojarzony jest z uroczymi dziewczynkami w tiulowych spódniczkach. Rzadko z mężczyzną w baletkach. W jaki sposób zainteresował Pana taniec klasyczny?
Waldemar Staszewski:  Przypadkowo i dosyć późno. Miałem piętnaście lat i uczyłem się w Technikum Budowy Okrętów. Zobaczyłem ogłoszenie Społecznego Ogniska Baletowego. Zaciekawiłem się niespodziewanie, bo wcześniej kopałem jedynie piłkę  na podwórku. Zadzwoniłem, ale skierowano mnie do Państwowego Ogniska Baletowego, gdzie rozpocząłem naukę. Dodatkowo równocześnie uczyłem się eksternistycznie w Warszawskiej Szkole Baletowej.
K.M:  Jak  wyglądał początek edukacji?
W.S:  Po roku zacząłem tańczyć w operze i kilku spektaklach, a po trzech latach tańczyłem prawie we wszystkich. Występowałem kilkanaście razy w miesiącu w różnych przedstawieniach, bo były to balety, mazury góralskie, wesołe operetki. Zacząłem tańczyć w wieku 15 lat, dlatego musiałem pracować bardzo mądrze i intensywnie, by przebudować ciało, bo zaczynając, wyglądałem jak kulturysta – miałem bardzo silne mięśnie, ale żeby je rozciągnąć, potrzebowałem wielu lat pracy. W balecie piękne jest to, że tworzy się dzieło sztuki z własnego ciała.
K.M:  Żałuje Pan, że nie zaczął wcześniej w tradycyjnej szkole baletowej?
W.S:  Gdybym miał wybierać jeszcze raz, wybrałbym pewnie tak samo. Uważam, że kształcenie w szkołach baletowych w Polsce jest nieco za długie, opiera się na przedwojennym programie rosyjskich szkół. Ale nawet Rosjanie skrócili okres nauki, a w Polsce nadal trwa on 9 lat. I kiedy ktoś kończy wszystkie klasy, zazwyczaj pozbawiany jest radości z tańca i indywidualności. Zabija je przesadna dyscyplina. Dlatego cieszę się, że po szkole średniej wybrałem pracę w teatrze zamiast studiów, mimo że miałem na nich zapewnione miejsce ze względu na dobre wyniki w nauce.

K.M:  Praca, która wiąże się ze sztuką, z pewnością nie jest monotonna. Jak wspomina Pan ten czas?
W.S:  Występowałem na wszystkich większych polskich scenach i za granicą. To jest przede wszystkim bardzo ciekawe. Około dwóch miesięcy w roku spędzaliśmy na podróżach. Wtedy to było normalne, że w każdym kraju mogłem pójść do teatru na próbę zespołu baletowego i ćwiczyć z nimi, dziś niestety nie jest to możliwe.
K.M:  Z czego to może wynikać?
W.S: Z braku zaufania między ludźmi. I zbyt wielu przepisów. Kiedyś tancerze byli jak wielka rodzina. Na przykład, gdy poleciliśmy do Izraela, mieliśmy zaplanowany tylko jeden występ, a spędziliśmy tam tydzień. Poszliśmy na zajęcia jednej z tamtejszych szkół i pozwolili nam ze sobą trenować.
K.M.: Jak wyglądały inne podróże? Większość czasu poświęcaliście na treningi?
W.S: Nie, to było bardzo kolorowe życie. Dobrze wspominam podróż do Paryża. Mieszkaliśmy w świetnych warunkach, rano chodziłem na lekcje Andre Glegolskiego, w ciągu dnia zwiedzałem miasto, a wieczorami raz na trzy dni graliśmy spektakle.
K.M:  Dlaczego w takim razie zrezygnował Pan z tańczenia?
W.S: Przed spektaklem zawsze przychodziłem jako pierwszy, by poświęcić godzinę na prawidłową rozgrzewkę. Ale kiedy zacząłem tworzyć własne choreografie, musiałem śledzić, czy tancerze dobrze pracują, czy są przygotowani. A kiedy robi się kilka rzeczy jednocześnie, robi się je niedokładnie. A ja tak nie potrafiłem.
K.M:  Wahał się Pan przed podjęciem tej decyzji?
W.S: Nie, prędzej czy później musiałbym zrezygnować. Może warto byłoby mieć te trzydzieści kilogramów mniej i być długo w formie jak wielu innych tancerzy, ale zawsze traktowałem to jako zabawę. Zresztą… czy to wygląda jak normalny gabinet dyrektora? Czy normalny facet kupowałby tyle sukienek i siedział między nimi?

K.M:  Z pewnością nie jest Pan stereotypowym dyrektorem. Było więcej tak śmiałych decyzji?
W.S: Kiedy robiło się nudno, zaczynałem kolejne studia. Kiedy teatr, w którym akurat pracowałem, poszedł w stronę performanców typu „stoję, chodzę, krzyczę”, zmieniałem teatr, bo to mnie nie interesowało. Lubię moje szalone życie.
K.M:  Czyli to nuda sprawiła, że zrezygnował Pan z pracy w teatrach?
W.S: Nie, od 13 lat jestem na emeryturze jako tancerz. Tak naprawdę nie musiałbym pracować, mógłbym czytać książki i gazety, co zresztą bardzo lubię, ale gdy jest za spokojnie, mam biegunkę pomysłów. Wszystkim zajmuję się sam. Właśnie przygotowuję zgłoszenia uczniów na konkurs. Bilety na spektakle drukuję sam. Sam stworzyłem stronę internetową za pomocą szablonu. Chciałbym umieć programować. I kuszą mnie studia prawnicze. Ale doba ma tylko 24 godziny.
K.M:  A kiedy ostatecznie zdecydował się pan otworzyć własną  szkołę baletową?
W.S: Pierwszą szkołę prowadziłem, gdy byłem jeszcze tancerzem w operze. Później po zmianie dyrekcji, otworzyłem kolejną, przy Teatrze Muzycznym, ale w końcu miałem dość współpracy z instytucjami, więc zacząłem od nowa. Od siedmiu uczniów. Ale uczenie wbrew pozorom wcale nie jest ciekawe, gdyby nie spektakle i wiele innych obowiązków, mógłbym łatwo popaść w rutynę.
K.M:  …i pewnie Pan, jako perfekcjonista i osoba, która lubi, gdy dużo się dzieje, popada w stany znudzenia, gdy widzi, jak uczniowie popełniają te same błędy?
W.S: Każdego można poprawić. Nie ma tancerzy idealnych. Kiedyś doprowadziłem do płaczu najlepszą polską solistkę, gdy chciała się przede mną popisać, ale znalazłem elementy, które mogła udoskonalić. Każdy jest inny, każdy ma inną psychikę i inne problemy, dlatego to nie może być nudne. Ale męczące może być to, że mało śpię, gdy mam dużo do zrobienia i prawie płaczę, kiedy muszę wstać po trzech godzinach snu.
K.M:  Ale wciąż szuka Pan nowych zajęć.
W.S:  Bawi mnie dużo rzeczy. Dużo rzeczy mnie wkurza, dlatego jestem czynny politycznie. Gdy byłem szefem baletu w Teatrze Muzycznym [nazywał się wtedy: Teatr Muzyczny – Operetka Wrocławska, nazwa w 2004 roku została zmieniona na Teatr Muzyczny Capitol; pierwszym dyrektorem był Wojciech Kościelniak (2002-2006)   – dop. red.] poproszono mnie o bycie szefem związku zawodowego… oczywiście pierwszy wyleciałem. Nowa dyrekcja lubiła straszyć pracowników wezwaniami od prokuratora. Powiedziałem im „okej, proszę wezwać”. Wygrałem z nimi pięć procesów, w tym o przywrócenie do pracy. Ale prawo mnie fascynuje, dlatego później ta sytuacja mnie śmieszyła.
K.M:  Nie pozwala się Pan zastraszać?
W.S: Zdecydowanie nie, mam odruch walki. Kiedyś mój syn dostał fałszywe wezwanie do zapłaty dużej kwoty, ale uspokoiłem go, że najwyżej będziemy toczyć procesy. Przynajmniej coś będzie się działo.
K.M:  A swoich uczniów woli Pan krytykować czy chwalić?
W.S: Ludzie przychodzą na zajęcia zmęczeni po całym dniu. Muszę stosować różne bodźce, by przykuć ich uwagę. Dlatego czasem krzyczę, trzymam w ręce kij albo jeżdżę po sali na hoverboardzie. Ale wszyscy wiedzą, że nie robię tego na serio. Szkoła prędzej czy później rozpadłaby się, bo zajęcia byłyby nudne. Pomagając synowi w  matematyce, próbowałem go nią zaciekawić aż na koniec cieszył się, że sam odkrył jakieś twierdzenie. Podobnie próbuję zaangażować  moich uczniów.
K.M.: Ale wtedy prawdopodobnie tancerze o wiele bardziej cieszą się z pochwał, gdy w końcu je otrzymują. To profesjonalne, wymagające podejście wyróżnia Pana szkołę na tle innych szkół baletowych dla dorosłych.
W.S: Balet jest o tyle wredny, że nigdy nie widzi się postępu. Nawet gdybyśmy zapytali jednego z najlepszych tancerzy na świecie, jak się ocenia, powiedziałby że jest fatalny. Moim uczniom wydaje się, że są ciągle na tym samym poziomie, ale z każdą lekcją robią ogromne postępy.
K.M:  Sprawia Pan wrażenie, jakby wierzył, że osoba dorosła może zostać profesjonalnym tancerzem.
W.S: Bo w to wierzę. Pod warunkiem mądrego pracowania nad przebudową ciała, by nie spowodować żadnej kontuzji. Jedna z moich uczennic zaczęła naukę w wieku 38 lat, a po trzech latach była już świetnie rozciągnięta i tańczyła skomplikowane wariacje. Wielu pedagogów ma podejście lekceważące, chcą się bawić w balet z dorosłymi, nawet jeśli sami są świetnymi tancerzami.
K.M:  Czy to profesjonalne podejście zostało zauważone szerzej niż wśród uczniów Pana szkoły?
W.S:  Ci, którzy wyprowadzili się w inne rejony Polski, często odwiedzają nas, będąc we Wrocławiu, by wziąć udział w sensownych zajęciach. Poza tym, nasza szkoła jako jedyna prywatna w Polsce jest dopuszczona do Państwowego Konkursu  Ogólnokształcących Szkół Baletowych. Cztery lata temu zawiozłem tam jednego ucznia, a po konkursie wszystkie szkoły baletowe o niego walczyły, ale wybrał Warszawę. Raz na jakiś czas przyjeżdża jednak na moje lekcje, bo uważa, że są dobre, porządne.
K.M:  Istnieją rzeczy niemożliwe?
W.S: Kiedyś moja partnerka zapytała mnie czy mógłbym uwieść Cindy Crawford…  Ale po co? Chciałbym być dyrektorem teatru, ale nie zdołałem jeszcze wygrać konkursu. Jednak nie zakładam, że jest to niemożliwe. Gdyby Pani zechciała zostać prezydentem Polski, dlaczego nie? Zastanawiam się, co z lataniem, ale to raczej jest niemożliwe.
K.M:  Jakie jest Pana podejście do sztuki?
W.S: Nie lubię wąskich technik. Idealnie byłoby rano ćwiczyć tańce góralskie, a wieczorem grać Zygfryda w Jeziorze Łabędzim. Jestem konserwatystą jeśli chodzi o sztukę. Mam wrażenie, że w sztuce współczesnej zapanowała zbyt duża dowolność. Nie powinno robić się spektakli tylko po to, żeby zrobić ich jak najwięcej. Nie po to jest teatr.
K.M:  Po co więc jest teatr?

W.S: Głównie dla widza. Spełnia taką funkcję jak szkoła w edukacji. Szkoła przekazuje dorobek wiedzy, a teatry przekazują dorobek kultury, estetyki. Jest po to, by widz mógł zobaczyć coś pięknego, przeżyć katharsis. Nie po to, aby tylko spełniać ambicje reżysera. Moim celem jest stworzenie teatru wszechstronnego, ciekawego dla odbiorcy zainteresowanego sztuką współczesną i pasjonata klasyki wystawionej z dobrą obsadą. Mój teatr byłby kolorowy.
Rozmawiała Kinga Matyja

Saturday, 3 June 2017

jestem w tym zielona | pierwszy rok weganizmu

Będąc jeszcze wegetarianką (jestem nią od pięciu lat) myślałam, że nigdy nie zmienię diety na wegańską, bo będzie kosztowała mnie zbyt wiele wyrzeczeń. Wolę napoje roślinne od mleka, miód nie jest mi potrzebny, ale jak przeżyć bez ciast i serów? Bez przesady. 

Dwa lata temu poznałam kilku wegan, z czystej ciekawości przeglądałam fora i czytałam przepisy z zamiennikami wyżej wymienionych, jak się wydawało, niezastąpionych produktów. Początkowo byłam w szoku, ile możliwości istnieje. A później pomyślałam, że podjęcie próby to przecież nic trudnego.



"DLACZEGO?"

O ile wegetarianizm często broni się sam, większość ludzi rozumie, że zabijanie zwierząt jest okrutne, tak uświadomienie im, że cierpią też, bo kupujemy mleko i jajka, jest o wiele trudniejsze. Pszczoły nie robią miodu z myślą o człowieku? Krowy nie cieszą się, gdy stoją związane przez całe dnie, czekając aż maszyna zabierze ich mleko? Jak to?
Zupełnie to rozumiem, nie miałam pojęcia, co dzieje się na fermach, dopóki nie zgłębiłam tematu. A to, co zobaczyłam, czyli brudne i ciasne klatki (mniejsze niż się wydaje - klatka kury ma wysokość kury), wystarczyło żebym zrozumiała jedno. Moja chwila przyjemności przy porannej jajecznicy, nie jest warta bólu, życia jakiejkolwiek istoty. A jeśli mogę obejść się bez pewnych produktów, to tak właśnie chcę żyć. 
Jeśli zrobiło się zbyt poważnie to przytoczę zdanie, które świetnie podsumowuje moje podejście -"Jesteś uczulony na laktozę, bo nie jesteś małą krową".



"TO NIE DLA MNIE, MAM NIEDOBORY"

Z tym często słyszanym przeze mnie stwierdzeniem, wiąże się paradoksalna historia. Jeszcze zanim przestałam jeść mięso, miałam problemy z anemią, walczyłam z nią później z umiarkowanym efektem, a pokonałam ostatecznie po zrezygnowaniu z produktów zwierzęcym. Dlatego jestem żywym(!) dowodem na to, że nie są one niezbędne.

Wszystko, czego potrzebujesz to zdrowy rozsądek. Trzeba poszerzyć żywieniowe horyzonty, poświęcić trochę czasu na zorientowanie się jakich składników odżywczych, potrzebuje Twój organizm (konkretnie Twój - weź pod uwagę tryb życia, wiek, płeć, wzrost itd). Zbilansowana dieta to początek sukcesu, a jeśli obawiasz się, że nie do końca rozumiesz, o co w tym chodzi, warto pomyśleć o wizycie u dietetyka. Jedzenie codziennie grzanek na śniadanie, burgera z frytkami na obiad i bułki na kolację zdecydowanie nie jest dobrym pomysłem. Możliwości jest mnóstwo!



"TO CO TY WŁAŚCIWIE JESZ?"

Czasem mam wrażenie, że niektórzy nie-wegetarianie nie jedzą niczego poza mięsem. A z tego, co pamiętam z przeszłości, stanowiło ono tylko część posiłków. Co z ryżem, kaszą, warzywami? 
Jak zwykle trochę ironizuję, ale naprawdę istnieje więcej opcji niż sałata. Są takie dania w których obecność produktów odzwierzęcych jest po prostu zbędna, można je pominąć. Moje najważniejsze, bo najczęściej stosowane, odkrycia to m.in: placki ziemniaczane (obecność jajka niczego nie zmienia), ciasto drożdżowe (wystarczą drożdże, woda i mąka). "rosół" (warzywa, olej i woda są świetną podstawą dla wszystkich zup).

A co z resztą? To dobry moment, by wspomnieć o zamiennikach. Poniżej kilka przykładów:

MIĘSO - tutaj pole do popisu jest największe: gotowe produkty (parówki, szynki), domowe "kotlety" z kaszy gryczanej, jaglanej, warzyw, seitan (robi się go z mąki po wypłukaniu skrobi), dobrze przyrządzone tofu; 
MLEKO - napoje roślinne: sojowe, ryżowe, migdałowe, owsiane kokosowe, sojowe czekoladowe, bananowe... i wiele więcej;
SERY - wegańskie zamienniki są dostępne w sklepach, ale ich składy z reguły nie są zbyt dobre, a ceny wysokie. A jeśli składy są dobre to ceny... jeszcze wyższe. Sery czy twarożki można przygotowywać domowymi sposobami (z ziemniaków czy słonecznika, serowy smak dobrze imitują płatki drożdżowe), lub oduczyć się ich jedzenia, co wcale nie jest tak bolesne, jak mogłoby się wydawać!;
MASŁO/MARGARYNA - oprócz gotowych wegańskich, jako dodatek do potraw można używać olejów (np. rzepakowy, kokosowy, ryżowy), a jeśli chodzi o smarowanie kanapek to stwierdzę z doświadczenia, że taniej i zdrowiej jest po prostu tego nie robić;
JAJKA - istnieją już wegańskie wersje w proszku, ale nie zachęcają mnie do wypróbowania. Zamiast jajecznicy świetnie sprawdzi się tofucznica, czyli kostka tofu rozgnieciona widelcem smażona z płatkami drożdżowymi i ulubionymi przyprawami - można oszukać największych fanów jajek! 
Natomiast do "sklejania potraw" można zastosować siemię lniane lub oleje.

Przykładowe produkty, z których najczęściej korzystamy, a nie zastanawiamy się, że są wegańskie:

-makarony (pełnoziarniste, ryżowe, z mąki durum, kukurydzianej itd)
-pieczywo (bardzo rzadko nie jest wegańskie)
-kasze 
-ryż 
-mrożonki (warzywa na patelnię, często pierogi, kluski śląskie itd.)
-dżemy, konfitury
-sosy w torebkach/słoikach (np. bolognese)
-pasty warzywne
-przekąski (prawie wszystkie chipsy; paluszki, orzeszki, popcorn, czekolada gorzka, sorbety...)
-płatki śniadaniowe (kukurydziane, żytnie itd) 



"WEGANIZM JEST DROGI"

Produkty gotowe owszem, jeśli porównujemy je z tymi niewegańskimi odpowiednikami. Niestety Polska wciąż jest krajem, który żywieniowe nowinki traktuje jako okazję do zarobienia. Moda na wszystko, co "organic", "bio", "gluten-free" czy właśnie "vegan" sprawiła, że jedzenie oznaczone takimi hasłami jest (np. z perspektywy studenta/ki) drogie. I jak już wspominałam, nie oznacza to wcale, że wegańskie równa się zdrowemu. Nie można wpadać w paranoję, trochę oleju palmowego nie stanowi śmiertelnego zagrożenia, ale warto wyrobić sobie nawyk czytania składów. Nie przeginajmy w żadną stronę. Rozsądek po raz drugi. 
Co można zrobić? Szukać okazji! Nie tylko na gotowe jedzenie, ale też warzywa, owoce, bakalie. Jeśli masz wolny czas, napoje roślinne przygotujesz w domu, zblendujesz zdrowe masło orzechowe, hummus bez regulatorów albo pesto bez cukrów.



"CO MUSZĘ SUPLEMENTOWAĆ?"

Nic nie musisz. Ale jeśli zależy Ci na dobrej kondycji, w pierwszej kolejności pomyśl o witaminie B12. Pełni ona ważną rolę w funkcjonowaniu układu nerwowego i wielu innych procesach związanych z krwią. Jako, że jej źródeł nie znajdziemy wśród roślin, ważne jest jej uzupełnianie. Co ciekawe, na niedobory B12 cierpią też osoby, które spożywają mięso, dlatego, że występuje w jego mało popularnych rodzajach, jak nerki i wątroby. 
Na szczęście tabletki pakowane są najczęściej w duże opakowania - wydaję ok. 34 zł za 100 tabletek. Ostatecznie jest taniej i zdrowiej niż w przypadku mięsa. 












Widzisz? Weganie też ludzie! Mam nadzieję, że ten wpis obala pewne stereotypy, a marzę o tym, żeby zachęcał do weganizmu.
Co sądzisz o takiej diecie? Zastanawiasz się, czy byłaby dla Ciebie odpowiednia? A może już ją stosujesz?


Ki.



Friday, 23 December 2016

It's all about having fun.

Mniej więcej w momencie, gdy stałam się stabilną emocjonalnie istotą ludzką, gdy dotarło do mnie, że wszelkiego rodzaju bunty przeciwko porządkowi świata są bezcelowe, zaczęłam zatrzymywać chwile i czerpać z nich jak najwięcej.
Dlatego też celebrowanie Świąt nabrało dla mnie nowego znaczenia. Od kilku lat obowiązek (a raczej przyjemność) estetycznej oprawy tych dni należy do mnie. A ja już od listopada główkuję nad motywem przewodnim. Była już biel, było rustykalnie. W tym roku, trochę wbrew moim nawykom, wybrałam złoto i połączyłam je ze standardową bielą. 













W związku ze zbliżającymi się Świętami i faktem, że koniec roku sprzyja podsumowaniom, dodam jeszcze kilka słów. Przez wszystkie minione dwanaście miesięcy, towarzyszyły mi zmiany, razem z nimi stres, ale też mnóstwo szczęśliwych i pouczających chwil. Efekty tego były dla Was widoczne choćby poprzez częstotliwość pojawiania się wpisów. Nie chcę obiecywać, że sytuacja odwróci się diametralnie w styczniu, ale mam nadzieję, że wena i czas pozwolą mi pisać dla Was. 

Tymczasem życzę Wam, abyście spędzili najbliższe dni wśród ludzi, których kochacie. Dbajcie o nich, rozmawiajcie długo i szczerze, bo tylko bliscy są w stanie zapewnić nam prawdziwe szczęście. Pozwólcie sobie odpocząć, na kilka dni spróbujcie zapomnieć o obowiązkach i problemach. A kiedy nabierzecie sił, wykorzystajcie je do spełniania swoich marzeń. Bo na nie nigdy nie jest za późno, nawet jeśli ktoś próbuje Wam to wmówić. A satysfakcja z własnych postępów jest kolejnym, co czyni nas silnymi. 

Ki.

Saturday, 3 December 2016

Monday, 19 September 2016

Souvenir.

Zmiana aury za oknem dość brutalnie przypomniała nam o nadchodzącej porze roku. Pomogła  też zapomnieć o minionym lecie i wakacjach. Ale, gdy tylko zechcemy, możemy wrócić do nich we wspomnieniach. I fotografiach, które utrwaliły te ulotne i błogie momenty na zawsze. 
Mogę pisać o tym, jakie wrażenia wywarły na mnie te okazałe dzieła sztuki i do czego zainspirowały widoki nieokiełznanej natury, ale byłoby tego tak dużo, że poddalibyście się w połowie lektury. A ja w połowie streszczania tych przeżyć. Pozwolę więc obrazom mówić samym za siebie. 























Ki.